To fotografia pozostająca wyłącznie w służbie osobistej wyobraźni autora, to jej sowizdrzalska odmiana, to zabawa w fotografię, to sztuka do li tylko do oglądania (potraktowania zachwytem lub abominacją): zero ideologii, płytkiego i głębokiego przekazu, obywatelskiego zaangażowania, projekcji wewnętrznych demonów, reakcji na dziejową i społeczną niesprawiedliwość, rozliczania się z własną (najlepiej żeby była traumatyczna) przeszłością i innych podobnych, obowiązkowych dla współczesnej sztuki backgroundów.
Odnośnie charakterystyki tego, co tworzę: nie ma mowy, bym zdołał wyartykułować na ten temat cokolwiek sensownego, albowiem nuda veritas jest taka, że nie za bardzo jest o czym pisać, gdyż w moim przypadku chodzi wyłącznie o czysty estetyzm (lub, jak wolą niektórzy, antyestetyzm), myślenie formą, kompozycją, a konstatując wprost i prosto - o tworzeniu obrazków, które mógłbym i chciałbym zawiesić u siebie na ścianie. To fotografia pozostająca wyłącznie w służbie osobistej wyobraźni autora, to jej sowizdrzalska odmiana, to zabawa w fotografię, to sztuka do "li tylko" do oglądania (potraktowania zachwytem lub abominacją): zero ideologii, płytkiego i głębokiego przekazu, obywatelskiego zaangażowania, projekcji wewnętrznych demonów, reakcji na dziejową i społeczną niesprawiedliwość, rozliczania się z własną (najlepiej żeby była traumatyczna) przeszłością i innych podobnych, "obowiązkowych" dla współczesnej sztuki "backgroundów". Jednym zdaniem - ja jestem takim fotograficznym Zenkiem Martyniukiem, który - dla lepszego wrażenia, a może dla niepoznaki - zakłada od czasu do czasu hajdawery i perukę Jasia Sebastiana Bacha. Oczywiście nie przeszkadza to szanownym odbiorcom mojej spuścizny (złe słowo, bo ja jeszcze żyję) w przypinaniu mi różnych łatek i posądzaniu o artystyczne komentowanie rzeczywistości, do czego zresztą sam nierzadko przykładam kończynę górną, nadając każdej ze swych prac "interpretujący" tytuł; czynię to jednak zawsze ex post, "opowiadam" więc niejako nieintencjonalnie. Chyba wolałbym malować, ale nie potrafię, więc zamiast po paletę, sięgam po aparat...
Marcin Weron urodzony w 1972 roku, poznańczyk, z wykształcenia muzykolog, z zawodu kierownik produkcji w branży medialnej, z przyzwyczajenia domator. Fotograficzny aparat posiada i używa, niemniej fotografią, jako dziedziną sztuki, interesuje się średnio - z tendencją do właściwie wcale. Stanowi ona dla niego wyłącznie medium pozwalające zaspokoić kompulsywną potrzebę kreowania, dodajmy - nieco na wyrost - że artystycznego. Surowe zdjęcia traktuje per półfabrykat do tworzenia, tak zwanych przez niego, 'fotograficznych obrazów' (nazywając je ‘fotografiami, wzbudza zabawne oburzenie ortodoksyjnych fotografów purystów) - będących efektem użycia fotograficznych utensyliów i umiarkowanie umiejętnego posługiwania się komputerową foto-przetwornicą pod wpływem nieco zwyrodniałej wyobraźni. Od zarania utrwalał i twórczo zniekształcał przede wszystkim siebie, dużo później - z narastającą przyjemnością zaczął znęcać się również nad obcymi - głównie przedstawicielkami płci niewstrętnej. Stąd też podział jego wirtualnej galerii (do której obejrzenia gorąco zachęca: marcinweron.pl) na autoportrety i nie-autoportrety. Powyższemu procederowi do dziś oddaje się głównie w swoim quasi-studiu (ze względu na panujący tam półmrok i permanentny bałagan zwanym fotonorą), zaaranżowanym w suszarni bloku, w którym mieszka, a od kilku lat – dwa razy w roku – również na fotograficznych plenerach. Foto-manipulujący samouk. Amator. Jego „artystyczne” CV zamyka się tysiącami mniej lub więcej ważących 'lajków' w wielu zero-jedynkowych galeriach, kilkoma pomniejszymi publikacjami w druku oraz – co ceni sobie najbardziej – zaproszeniami do wystąpień w charakterze „gwiazdy wieczoru” i organizacji autorskich wystaw (Radlin, Rybnik, Lublin, Bełchatów, Garwolin, Siedlce, Koszalin, Biała Podlaska, Poznań, Kalisz). W marcu 2025 portal Szeroki Kadr ogłosił go Fotografem Miesiąca.